Wojciech Chudy

2010.09.9 9:18:20
Home | ZDRADA S - 2
Filozofia
Galeria
Bibliografia
Biogram
Nowości
Kontakt
Linki internetowe
Zdrada Solidarności - 1
ZDRADA S - 2

Szukaj

Wojciech Chudy


 



STRUCTUM - TECHNOLOGIE JUTRA DZISIAJ 
Zdrada S - Dokończenie
 
ZDRADA SOLIDARNOŚCI SPOŁECZNEJ

"«Jeden drugiego brzemiona noście» [Gal 6, 2] - to zwięzłe zdanie Apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność - to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni - przeciw drugim. I nigdy «brzemię» dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich" .
Gospodarka liberalna może włączyć efektywnie do swojego systemu "niesienie brzemion razem", kiedy jest gospodarką rozwiniętą, o dużej tradycji i znacznym awansie cywilizacyjnym. Nowa rzeczywistość w dziedzinie ekonomii w Polsce przyniosła od początku zmiany o charakterze szokowym dla najszerszych warstw społeczeństwa. Wspominane wymogi określone przez międzynarodowe instytucje gospodarcze (Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy) podyktowały takie posunięcia, jak uwolnienie cen, odejście od subsydiowania przedsiębiorstw i wprowadzenie dyscypliny zatrudnienia. Galopująca początkowo inflacja była sukcesywnie zmniejszana, wielkim jednak kosztem najszerszych warstw społeczeństwa. Sprywatyzowano szereg zakładów. Powstało ogromne bezrobocie, nastąpiła znaczna pauperyzacja społeczeństwa, poszerzył się margines nędzy, pojawiło się zjawisko wykluczenia społecznego, zaistniały grupy pozbawione szans społecznych. W trakcie obrad Okrągłego Stołu po obu stronach "stolika gospodarczego" siedziało niewielu działaczy (między innymi Ryszard Bugaj) starających się o ustalenia broniące sytuacji ekonomicznej szerokich warstw społeczeństwa. Nie mieli większych szans. Już wtedy wyczuwało się silne parcie nurtu liberalnego (reprezentowali go Mieczysław Wilczek i Ireneusz Sekuła); w powietrzu czuło się reformy Balcerowicza .
Upowszechnienie i coraz większe znaczenie kapitalistycznych struktur gospodarczych nie stanowiło samo w sobie zasady tej deprecjacji ethosu, którą skłonni jesteśmy tu nazywać zdradą solidarności społecznej. Strukturalne generowanie ubóstwa i niesprawiedliwe zawłaszczenie publicznych dóbr materialnych, od strony mentalnej zaś ludzkie opętanie żądzą sukcesu, której skutkiem jest nieczułość i arogancja wobec innych - zjawiska te miały swoje przyczyny w deformacji istoty gospodarczej nowego systemu. Parcie nowych decydentów ku liberalizmowi gospodarczemu miało mocne założenia polityczne i cel w postaci stabilizacji starej władzy w modnym przebraniu. W tym czasie w polskich - i nie tylko polskich - warunkach liberalizm stał się maską postkomunizmu.
Środowiska partyjne - jak wykazuje precyzyjna analiza J. Staniszkis - korzystały z wielu technik prowadzących do tego, "aby wszystko pozostało tak samo", a zmienił się jedynie "znak": z politycznego na gospodarczy. Ekonomiczną ekspresją postkomunizmu stał się kapitalizm polityczny. Specyficzne dla jego polskiej wersji było kształtowanie się "menedżerskiego korporatyzmu", walka o koncepcję "zorganizowanych rynków" i nowe formy etatyzmu na styku społeczeństwa i państwa. Do jego wstępnych technik należało jak najwcześniejsze opanowanie ośrodków "władzy strukturalnej": tworzenie sieci banków komercyjnych (od 1987 roku) i skomercjalizowanych funduszy publicznych (od roku 1988). W Polsce akcja promowania własnych technokratycznych fachowców zaczęła się już w czasach "pokolenia 84" .
Sukcesywnie tworzył się "kapitalizm polityczny". W pierwszej fazie transformacji o szansach uformowania kapitału decydowała "renta" z tytułu obecnej lub niedawnej władzy. Konkretnie: zyskiem przeliczalnym na walory finansowe owocowały powiązania personalne, dostęp do informacji, wypływający z dawnego statusu sposób ulokowania się w nowych, już rynkowych, instytucjach, wreszcie - władza strukturalna, umożliwiająca wpływ na kształt nowych reguł gry i dostęp do infrastruktury rynku, a oparta na zasobach wyniesionych z okresu komunizmu (to decyzje polityczne kształtowały wówczas zasady międzysektorowego przesuwania kapitału: z sektora państwowego i budżetu państwa w ręce prywatne). Specjalne polityczne manewry miały na celu przyspieszone formowanie kapitału finansowego i - równie przyspieszone - produkowanie długów (i bankructwa), mające zdynamizować prywatyzację (przez upadłość) sektora państwowego .
Drugą fazą tworzenia podstaw kapitalizmu w Polsce jest etap "kapitalizmu sektora publicznego"; na tym etapie gra rynkowa wymyka się już kontroli państwowej, wykracza także poza poziom polityki. Coraz częściej mamy z nim obecnie do czynienia. Początkiem i "sercem" tego procesu była ustawa "O wydzielonych funduszach publicznych" z roku 1988. "Wtedy pomyślana była jako finansowy kościec politycznego kapitalizmu" . Cechą tej formuły jest "symbioza części administracji państwowej z podmiotami rynkowymi (tak zwany skomercjalizowany sektor publiczny). […] W ramach tej symbiozy agendy państwa starają się eksploatować - wykonując zadania państwowe - mechanizm rynkowy, a aktorzy sfery rynku próbują przechwycić część środków publicznych, funkcjonujących już jako kapitał. Brak nadzoru nad finansowaniem podmiotów rynkowych (nadzór NBP obejmuje tylko banki) sprzyja nadmiernemu zadłużaniu się i miękkiemu finansowaniu wybranych (często według klucza partyjnego) klientów" . Ten zachłannie destruktywny sektor gospodarczy stanowi podstawę oligarchicznej władzy o mafijno-politycznych powiązaniach; pochłania też wielką część energii ekonomicznej kraju .
Szczególnie grabieżczy, bezwzględny i przeniknięty czynnikiem kryminogennym charakter gospodarki postkomunizmu stanowił "jedną z konsekwencji specyficznej, z udziałem służb specjalnych wojska, polskiej drogi od komunizmu" . Po wyborach 1989 roku większość komunistycznego aparatu państwowego niejako automatycznie zaczęła stanowić aparat państwa demokratycznego. Wielu wysokich urzędników uzyskało z tego tytułu ogromne korzyści materialne. L. Kaczyński twierdzi, że pracownicy SB, wywiadu i innych służb mieli nieporównanie więcej szans na wzbogacenie się niż inni urzędnicy państwowi . Dziś to oni stanowią "najmocniejsze nici" pajęczyn rynku, spajanych klientyzmem, korupcją, powiązaniami politycznymi i ukrytymi (byłymi) związkami służbowymi. To w gestii dawnych pracowników służb specjalnych znajduje się znaczna liczba agencji skomercjalizowanego sektora publicznego, działającego za pomocą funduszy publicznych wyprowadzanych na rynek przy pośredniczącej roli kluczowych firm w kraju i za granicą . Zawłaszczanie gospodarki przez siły wydawałoby się minionego bezpowrotnie okresu miało jednak konkretny wymiar. Coraz więcej przedsiębiorców przekonywało się, że w niektórych dziedzinach gospodarki trudno swobodnie działać, nie mając swojego człowieka powiązanego ze służbami.
W tym kontekście dokonywała się także zmiana postawy w szerszych kręgach Solidarności niż tylko jej ścisła elita, decydująca o strukturalnym i politycznym kursie Związku. Można tu mówić niemal o powszechności zdrady, polegającej na porzuceniu ideałów dla celów materialnych. Postawę dzielenia się - tak naoczną i codzienną w ciągu szesnastu miesięcy Solidarności i pierwszych dwu lat po 13 grudnia - zastąpiła postawa nieufności, zawiści i egoizmu.
Pierwsze symptomy tej ewolucji pojawiły się już wraz z dopływem środków materialnych (pieniędzy i darów rzeczowych) dla Solidarności z Zachodu. Już w roku 1981 huczało od plotek o niesprawiedliwej dystrybucji tych środków: zarówno w szerokich kręgach biedy społecznej, jak i w ośrodkach regionalnych Związku.
Silnym impulsem, który wyzwolił "instynkt zysku" stało się tak zwane uwłaszczanie nomenklatury - proces ekonomiczny uruchomiony przez pakiet ustaw wygenerowanych przez rząd M. F. Rakowskiego, umożliwiających przejmowanie na niezwykle korzystnych warunkach części majątku państwowego przez wyższych urzędników partyjnych PZPR-u. Proces ten (według niektórych decydujący dla przyszłości polityczno-ekonomicznej Rzeczypospolitej), oprócz aspektu gospodarczego posiadał ważny aspekt mentalno-moralny. Był mianowicie sygnałem, który przywoływał znaczenie korzyści materialnych: poprawy jakości życia w wymiarze indywidualnym, bez oglądania się na dobro społeczne, zysku osobistego lub partykularnego, powiązanego z działalnością polityczno-społeczną, także o charakterze związkowym.
"Biorą! - A my?…" - takie hasło wiązało się z gospodarczą praktyką uwłaszczania. Rychło też zostało podjęte i wcielone w postać korzyści materialnej przez środowiska mające dostęp do władzy ekonomicznej. Tendencja ta szybko objęła również kręgi Solidarności. Na gruncie dostępności do politycznych źródeł dystrybucji wartości ekonomicznych rosły fortuny (szeroko mówi się o nazwiskach bogatych "solidarnościowców") .
Ten aspekt zdrady, szczególnie bolesny w wymiarze ogólnospołecznym w związku z powszechną pauperyzacją dużych obszarów społeczeństwa, ma swoje głęboko filozoficzne znaczenie, wiążące się z samym pojęciem polityki. Żywiołem polityki jest działanie, aktywność, dynamizm, wpływ na zmianę świata. Słynne powiedzenie Karola Marksa, że filozofowie dotąd wyjaśniali rzeczywistość, chodzi zaś o to, by ją zmieniać - w istocie odnosi się do sensu polityki. Potężna nowa fala polityczna, która wylała się po sierpniu 1980 roku w Polsce, wywołała wielkie nadzieje i oczekiwania na zmianę dotychczasowego świata. Całemu ruchowi Solidarności chodziło naprawdę o to, aby zmienić panujący dotąd system wartości, norm i pojęć, odwrócić o sto osiemdziesiąt stopni zdegenerowany i zmurszały układ, dominujący w życiu, pracy i w stosunkach międzyludzkich. W ciągu szesnastu miesięcy "pierwszej Solidarności" zaczęły się zarysowywać realne przesłanki takich zmian. Stan wojenny przerwał ten proces i podłamał ludzkie nadzieje; jego zniesienie jednak wcale nie spowodowało powrotu do wartości okresu początkowego. Została zerwana ciągłość z "pierwszą Solidarnością"; nowy Związek, zarejestrowany w roku 1989, miał u steru ludzi niejako odgórnie wyselekcjonowanych przez elitę, dominującą wówczas w opozycji. "Druga Solidarność" nie była zakorzeniona w Komisji Krajowej, demokratycznie wyłonionej w roku 1981 przez masy wielkiego ruchu Solidarności . Zwłaszcza po obradach Okrągłego Stołu oraz wyborach czerwcowych 1989 roku (wskutek dziwnych roszad z listą krajową) u dużej części działaczy Solidarności zaczęło narastać rozczarowanie i poczucie niemożności. Z całą pewnością można stwierdzić, że dla wielu szeregowych członków, także tych, którzy przeszli przez "nudne piekło" stanu wojennego, poświęcając swój czas i energię dla podziemnego Związku, nowy okres jawił się jako regres wobec ideału Solidarności i w pewnym sensie powrót do epoki, kiedy "nami rządzono" ("znów od nas nic nie zależy!"). Syndrom bierności u wielu wywołał apatię; pozostaje ona do dziś wyraźną cechą dużych obszarów społeczeństwa.
Jednocześnie narzucała się powszechnie aktywność grup związanych z partią postkomunistyczną: następowało gremialne odcinanie kuponów od dawnego znaczenia politycznego, wyrażające się w dynamicznym działaniu biznesowym. Tendencja ta nie ominęła członków elit nowej władzy. Na syndrom bierności nakładał się drugi syndrom głęboki psychologicznie: nienadążania. Oto działacze Solidarności, w których przez lata dojrzało wielkie oczekiwanie zmian i pragnienie uczestnictwa, obserwowali dojmujące zjawisko wielkich karier politycznych, rosnących majątków i bijącego w oczy po latach zgrzebnej szarości luksusu i blichtru urzędowego i prywatnego - zjawisko, dokonujące się za sprawą zarówno ich przeciwników ("czerwonych"), jak i do niedawna bliskich kolegów. Nagle powstał i szybko się powiększał dystans między tymi, którzy na fali nowego porządku kreują kraj, jego ustrój i siebie, i tymi, którzy zostali outsiderami, chociaż w najgłębszym sensie stanowią sól tych przemian. Oba te syndromy powodowały stan głębokiej frustracji, zrozumiały u wszystkich tych, którzy tkwią w żywiole polityki. "Zabrać się z tą falą!" - stało się naczelnym hasłem wielu sfrustrowanych działaczy. W dużej mierze tłumaczy to łatwość i szybkość, z jaką proces korupcji objął duże obszary ludzi tak niedawno jeszcze wyznających ideały Solidarności. Teraz - zdradzili Solidarność. Można powiedzieć, że sami zostali zdradzeni: przez nowe czasy, swoich kolegów, przywódców czy układy. Winy zdrady nie znosi jednak fakt bycia zdradzonym.


O TRUDNEJ I ŁATWEJ WOLNOŚCI, O WIERNOŚCI I ZDRADZIE

Obszerny dyskurs, dociekający przyczyn upadku idei Solidarności, toczył się dotąd wokół wartości politycznych i ekonomicznych. Aby jednak ostatecznie pojąć sens klęski ruchu, a przynajmniej przybliżyć jej zrozumienie, trzeba sięgnąć do kategorii najgłębiej egzystencjalnych, a zarazem najbardziej codziennych w życiu każdego człowieka. Prawda i wolność, tożsamość i wierność - oto one. "Pierwsza Solidarność" była przede wszystkim ruchem moralnym - wyrazem potrzeby powrotu społeczeństwa do zasad uczciwości i potrzeby odkłamania życia.
Po ćwierćwieczu dzielącym nas od wybuchu Solidarności interpretacje różnych spojrzeń naukowych nie pozostawiają pod tym względem wątpliwości. Według socjologa Jadwigi Staniszkis dynamizm tej idei "polegał na błyskawicznym zniesieniu społecznej atomizacji poprzez «politykę tożsamości», która odwoływała się do formuły wzajemnego wykluczania: społeczeństwo, wykluczone z dostępu do władzy ze względu na ideologiczną zasadę «awangardy», wyklucza z kolei rządzących z dostępu do «racji moralnej»" . Filozof Rocco Buttiglione potwierdza, że przełom Solidarności był rewolucją moralną, a dokonał się siłą prawdy .
Ludziom chodziło o wolność. Hasło: "Nie ma wolności bez Solidarności", widniejące w latach osiemdziesiątych na transparentach, plakatach, a nawet w formie graffiti na murach miast, wywołuje pytanie: jakiej wolności? Z pewnością nie chodzi tylko o wolność społeczno-polityczną. Rozumiejąc tę ideę głębiej, trzeba ją odnieść do wolności w prawdzie, o której w paradygmatycznym tekście w tamtych czasach mówił ks. Tadeusz Styczeń . Tekst ten, napisany w czasach, gdy wobec opisanej w nim alternatywy stały tysiące internowanych przez reżim Jaruzelskiego, poruszył sumienia ludzi Solidarności i wielu Polaków spoza Związku.
Ksiądz Styczeń opisywał w nim etyczną sytuację internowanego symbolicznego Kowalskiego z Solidarności, który stoi przed alternatywą: podpisać tak zwaną deklarację lojalności albo zostać w więzieniu . Styczeń wskazuje na analogię między Kowalskim, który - wierny ethosowi Solidarności - pozostaje w więzieniu, zachowując w ten sposób swoją godność i wewnętrzną wolność, a Sokratesem, decydującym się na wypicie cykuty w więzieniu na dowód afirmacji swoich przekonań.
Uczony Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ukazał wtedy, iż człowiek, stając naprzeciw wartości, którą przyjął w sumieniu jako swoją, odkrywa zarazem swą osobową tożsamość, a ocalając wierność sobie - wyraża solidarność ze wspólnotą. Na tym tle odsłania się definicja wolności. Kowalski "wdziera się w głąb swej własnej tajemnicy, swej podmiotowości osobowej. Kowalski widzi w olśniewającym skrócie, iż jest dla niego niemożliwością zignorować prawdę raz poznaną i za prawdę uznaną, nie ignorując, więcej, nie przekreślając przez to samego siebie. Ocalić siebie to ocalić wolność nieporównywalnie głębszą i ważniejszą od tej, jaką przełożeni więzienia oferują Kowalskiemu w zamian za podpis, który oznacza akt sprzeniewierzenia się prawdzie. Ocalić swą wolność, ocalić swą wierność wobec poznanej prawdy i ocalić samego siebie to jedno i to samo!" . Ksiądz Styczeń ukazuje, iż wolność, o ile ma być wolnością prawdziwie ludzką, musi być wolnością w prawdzie .
Sam akt założycielski Solidarności był wielką wartością społeczną: zbiorowym aktem dobra, męstwa i sprawiedliwości. Skąd więc korozja tego pięknego ruchu? Dlaczego presji tych sił, które zamierzyły scedowanie ethosu o charakterze moralnym na płaszczyznę instrumentu politycznego, ulegli nie tylko ambitni działacze, ale także miliony osób, wierzących w Solidarność ?
Istnieje przecież pojęcie zdrady Solidarności, które - można powiedzieć z pewnym przybliżeniem - dotyczy nas wszystkich. W pewnym sensie wszyscy albo prawie wszyscy Polacy zawiedli. Zdradzili Solidarność. Ludzie rozczarowani, zmęczeni, znużeni ciągłymi "przepychankami" politycznymi i gorszącymi scenami z życia publicznego, odwrócili się od idei Solidarności. Poza tym swoją rolę odegrało prawo codzienności. "Po epokach heroicznych przychodzą zazwyczaj epoki prozaiczne. Prozaiczne nie tylko dlatego, że głównym zajęciem jest zarabianie na codzienny chleb, ale także dlatego, że dysproporcja między wolnością wymarzoną i tym, co wśród niezliczonych trudności udaje się zbudować, wprawia w zakłopotanie, a nawet każe czasem żałować przeszłości" . Polacy, prawie przez dziesięć lat "szarpani" emocjonalnie przez biegunowo różne pobudzenia i stany, zmuszani do wyrzeczeń i poświęcenia, pozbawiani nadziei na poprawę bytu, odwrócili się tyłem do "takiej polityki" oraz od "tej Solidarności" i zwrócili się ku życiu prywatnemu, zdobywaniu wykształcenia, podnoszeniu kwalifikacji, staraniu się o lepsze miejsce pracy lub o dodatkowe źródło zarobkowania, zajęli się sobą i własnymi rodzinami. Nie ma większego wroga idei jak codzienność. Czechowowskie "trzeba żyć…" (Wujaszek Wania) stało się powszechnym wyrazem zobojętnienia społeczeństwa polskiego wobec Solidarności.
Ten zwrot ku sobie, ku sprawom sobie najbliższym, a odwrócenie się od Solidarności, nie przyniosło bynajmniej tylko dobrych skutków. Zdrada Solidarności objawiła się także (najczęściej?) zaniechaniem solidarności pisanej małą literą, czyli postawy otwartości na drugiego i gotowości do pomocy drugiemu. "Myśmy wszystko zapomnieli" - można by powtórzyć za Panem Młodym z Wesela Wyspiańskiego. W dużej mierze znikła solidarność międzyludzka, tak bogato reprezentowana w owe pamiętne lata 1980-1982. "Wobec trudności w zdobywaniu codziennego chleba, wobec politycznego spektaklu, w którym - być może - oportuniści zdobywają sobie w nowym społeczeństwie najlepsze miejsca, podczas gdy ci, którzy walczyli i cierpieli, usuwani są na margines, może pojawić się myśl, że wszystko było daremne, że siła jest ostatecznie potężniejsza od prawdy" . Pojawił się rodzaj niechęci do drugich, wyrażającej się w dystansie, nieufności i zawiści. Pociągani przez pokusy kapitalizmu ludzie poczęli dostrzegać w drugim konkurenta, a nawet przeciwnika - zamiast bliźniego. Znużeni siermiężnym socjalizmem, w którym sklepy Peweksu były jedynym realnym znakiem "lepszego świata", zachłysnęli się dobrobytem i luksusem, choćby były to dla nich wartości niedosiężne, a jedynie "wirtualne". W hierarchii jednak pokonały te niematerialne, które kiedyś składały się na ideę Solidarności. Pogoń za dobrobytem i usilna ambicja, aby zaspokoić rozbudzone apetyty konsumpcji, tłumaczą dziś niedawno jeszcze niezrozumiałe zachowania dużych grup: bezinteresowną nieżyczliwość, głosowanie w wyborach "na złość" czy pogardę dla obcych.
"Walka o prawdę nie skończyła się z upadkiem komunizmu. Przybrała tylko nowe, bardziej wymagające formy. Nieraz łatwiej jest oprzeć się przemocy niż urokowi przyjemności i pieniądza, łatwiej oprzeć się groźbie niż pokusie małego kompromisu, który, na krótką metę, przynosi wielką korzyść, ale zapoczątkowuje zarazem drogę do zniewolenia umysłu" . Ksiądz Styczeń wypowiada słowa, które są ciągle aktualne. Dziś, w roku 2004, można powiedzieć, że zawarta w nich idea "śledzi los swego Kowalskiego pośród prób nowego czasu, mniej heroicznego i - może właśnie dlatego - trudniejszego. Jego bohater, który ocalił swą wolność w więzieniu, musi teraz zobaczyć, czy potrafi pozostać wolnym człowiekiem w wolnym społeczeństwie, czy potrafi oprzeć się urokom luksusu, użycia i pychy, tak jak swego czasu oparł się pogróżkom władzy" .
Wolność, stanowiąca istotę solidarności, jest wolnością trudną. To wolność, do której osiągnięcia nie wystarczy urzeczywistnienie wolności społecznej, ekonomicznej i politycznej. Wymaga ona jeszcze wierności prawdzie. Ten imperatyw aktualny jest również w dzisiejszych czasach. Odczytują go ci, którzy pozostają przy swojej prawdzie, rezygnując - nawet za cenę ubóstwa lub braku popularności - z tych wartości, które by tej prawdzie zaprzeczały.
Zdrada nie wypełnia naszej przestrzeni społecznej. Istnieją w niej obszary wierności. Nie brak dzisiaj ludzi wiernych Solidarności. Można wymienić tu zarówno grupy społeczne, jak i pojedyncze osoby, najczęściej anonimowe, ukryte za swoją codzienną żmudną pracą, upatrujące w niej jednak dalszej realizacji tamtych ideałów. W zakładowych Komisjach "Solidarności" pracuje do dziś wiele osób, z wielką żarliwością oddających się misji pomocy ludziom. To dzięki ludziom z "pierwszej Solidarności" Instytut Pamięci Narodowej jest dzisiaj jedną z najważniejszych instytucji demokratycznych w państwie. Wiele takich osób można również odnaleźć w komórkach duszpasterstwa ludzi pracy lub komisji charytatywnej . Warto przypomnieć dziś postacie niektórych dawnych działaczy.
Wiesława Kwiatkowska, obecna w "pierwszej Solidarności" od samych źródeł jej powstania, dziennikarka "Tygodnika Gdańskiego" i "Dziennika Bałtyckiego", po 13 grudnia 1981 roku odsunięta od pracy redakcyjnej, aresztowana i skazana na 5 lat więzienia za to, że gromadziła materiały na temat wydarzeń na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Dziś, choć na emeryturze, jest ciągle niestrudzoną pisarką-dokumentalistką, dbającą szczególnie o zachowanie pamięci o zabitych w Grudniu (nazywana jest "chodzącą encyklopedią Grudnia 70") i o martyrologii gdynian zamordowanych w Piaśnicy .
Inny twórca, Ryszard Krynicki, poeta i tłumacz, publikował w podziemiu przed szesnastoma miesiącami Solidarności, w stanie wojennym i potem (m.in. w "Zapisie" i w Niezależnej Oficynie Wydawniczej, gdzie ukazał się jego przekład poezji Reinera Kunze ). Słynne jest zdjęcie Krynickiego ze Zbigniewem Herbertem i Adamem Michnikiem na jednym z wieców Solidarności w tamtych czasach. Obecnie wraz z żoną Krystyną prowadzi wydawnictwo "a5", specjalizujące się w wydawaniu dobrej poezji i konsekwentnie stroniące od komercji. Wiersze i przekłady Ryszarda Krynickiego nadal odznaczają się wysokim poziomem, można w nich zauważyć ciągłość ideową z tamtym solidarnościowym ethosem.
Ryszard Bugaj wycofał się z polityki i wrócił do pracy naukowej, którą realizuje z dobrym skutkiem. Stanisław Kogut - dawny przewodniczący Okręgowej Sekcji Kolejarzy przy Zarządzie Regionu Małopolska NSZZ "Solidarność" - realizuje skutecznie niezwykłą misję pomocy osobom niepełnosprawnym w Stróżach koło Nowego Sącza. Konkretnych przykładów ludzi, którzy nie zdradzili, jest wielu. Oni swoimi postawami świadczą o ethosie Solidarności - o wolności w prawdzie.
"Uważam, że jasna, krystaliczna postawa to ważna sprawa… - mówi dzisiaj Zofia Romaszewska - Bo jeżeli nie ustalimy czegoś takiego, nie wychowamy dobrze następnych pokoleń. Każde pokolenie musi posiadać swoje wzorce. To są rzeczy niezwykle zasadnicze" .
Solidarność była dla nas wszystkich darem. "Ważne jest jednak, aby rozpoznać wartość daru, który - w określonym momencie przeszłości - pozwolił nam poznać i z bliska doświadczyć prawdy o człowieku. Ważne jest, aby nie zdradzić pamięci tego daru, lecz pozwolić mu zakorzenić się w duszach. Oparcie się próbie pokusy jest zawsze darem łaski. Jeśli jednak zachowuje się w sercu pamięć daru, łatwiej będzie - w obliczu nowej pokusy - prosić o nowy dar. Być może właśnie dzisiaj potrzeba go znowu" .


 
Wszystkie znaki handlowe są własnością stron, które je zarejestrowały. Publikowane treści mogą nie odzwierciedlać stanowiska właściciela portalu, ale autorów zewnętrznych .
 Wojciech Chudy
SEO & projektowanie stron